Zaznacz stronę
Dmuchane rękawki  – chyba najbardziej znany w Polsce sprzęt asekuracyjny dla średnio pływających dzieci.
Pominę milczeniem ich faktyczną przydatność jako urządzenia ratunkowego i przejdę do ciekawego obrazka, który niedawno zaobserwowałem nad jeziorem.
Otóż rzeczone rękawki przywdziała na siebie dojrzała już niewiasta. A że była dość pokaźnych rozmiarów, to aby te rękawki nałożyć musiała spuścić z nich znaczącą ilość powietrza. W efekcie rękawki te służyły bardziej jako wątpliwa ozdoba (w zasadzie napompowane też raczej niewiele by pomogły) niż sprzęt w jakikolwiek sposób zwiększający i tak niemałą wyporność obserwowanej kobiety.
Po co właściwie o tych rękawkach?
I to na ramionach białogłowy.
Otóż rękawki te zamknęły mi pewną klamrą spostrzeżenia z obserwacji zmagań mazurskich przedsiębiorców z rzeczywistością.
Na początku zaznaczę, że Mazury uwielbiam (jeśli ktokolwiek z Szanownych Czytelników jeszcze się nie zorientował) i na chwilę obecną i dzień dzisiejszy wydaje mi się, że nie ma takiej siły, która by mnie do nich zniechęciła. Choć przyznam, że niemało ich próbuje tego dokonać.

Bez narzekania

Miałem początkowo zamysł opisać tu z detalami jak bardzo nie działały różne elementy wyposażenia naszego jachtu, niewzruszony armator i jak bardzo wrogie klientom jest podejście naszego portu macierzystego, ale tego nie zrobię 😉
Jakiś czas temu napisałem 2 następujące po sobie wpisy na blogu, których wydźwięk był nacechowany porządnym zdenerwowaniem
Jeden odnośnie dni wolnych, które trzeba oddawać a drugi o zmaganiach w KRS, które teraz z resztą rozpoczynam na nowo.
Po napisaniu tych artykułów stwierdziłem, że to będą ostatnie „narzekające” wpisy, więc ten takowy być nie może.

Jak jest

Podejmę więc próbę opisania sposobu myślenia, który w moim mniemaniu miałby zbawienny wpływ na wrażenia klientów na Mazurach.
Choć pewnie nie tylko tam.
Z resztą z obsługą klienta już kiedyś się mierzyłem i nadal jestem przekonany, że to najprostsza droga do zdobycia ludzkich serc i przy okazji również portfeli.
Wracając do rzeczonych Mazur i biznesu łódkowego.
Zdaję sobie sprawę z faktu, że tegoroczne wakacje są nieco inne niż wszystkie poprzednie.
COVIDowa rzeczywistość wystraszyła ludzi i zniechęciła znaczną ich część do podróży zagranicznych, więc siłą rzeczy urlop trzeba spędzić w Polsce. A że oprócz morza (nie ma gdzie się położyć na piachu – tyle ludzi) i gór (kolejka nawet na Rysy) pozostają w zasadzie z popularnych rejonów jedynie Mazury, to ciężko się dziwić, że sprzedaje się wszystko, co nie tonie.

Utopia

Zróbmy jednak pewien eksperyment intelektualny i obróćmy nieco zastaną rzeczywistość w kierunku bardziej przez klienta oczekiwanym.
Obecnie jest tak, że armatorzy żyją w totalnym oderwaniu od zarządzających marinami a ci z kolei nie za bardzo interesują się dostarczeniem klientom innych usług niż podstawowa infrastruktura obsługująca łódkę (pomost, prąd, woda) oraz załogi (toalety, prysznice, zmywalnie).
Co by było, gdyby tę sytuację odwrócić?
Sprawa wydaje się prosta niczym konstrukcja cepa
Zastanówmy się, co jest potrzebne naszemu klientowi. Zróbmy choć raz wycieczkę, jakiej on ma zamiar dokonać.
Zatem zapakujmy samochód mnóstwem klamotów, zajedźmy po drodze do sklepu po zaopatrzenie na tydzień (chyba, że ktoś już nam zaproponował zrobienie zakupów za nas – może mamy już jacht zaopatrzony?), zatrzymajmy się na parkingu bez przeszkód na bramce, bo przecież wiadomo, że mamy tam przyjechać i rejestrację podaliśmy zawczasu.
Zapakujmy torby na wózek w porcie (a może ktoś nam w tym pomoże?) i przewieźmy na jacht.
Podczas takiego eksperymentu wyjdzie, czy droga, którą wózek się porusza jest do niego przystosowana. A jeśli nie jest, to wyjdzie też, jakie zmiany w infrastrukturze są potrzebne.
Na kei armator wyda nam sprawną łódź, opisze wszelkie znajdujące się niej systemy, pokaże miejsce przechowywania części zamiennych oraz instrukcji i życzy udanego rejsu.
Później już z górki, pływamy po jeziorach, przechodzimy pod mostami, cumujemy w kolejnych portach, gdzie na wejściu uprzejmy bosman pokazuje wolne miejsca dostosowane do naszej jednostki i pomaga bezpiecznie zacumować.
Następnie schodzimy na ląd, możemy odświeżyć się korzystając z infrastruktury portu, zjeść kolację w portowej tawernie lub na własnej łódce – jak kto woli.
Skorzystamy też z oferty lokalnego sklepu, aby uzupełnić zapasy i kolejnego dnia ruszymy w dalszą podróż.
I w tak miły sposób miną nam dni rejsu, po czym wrócimy do portu macierzystego, gdzie armator odbierze od nas łódź, wysłucha ewentualnych uwag, pochyli się nad nimi i weźmie pod uwagę przy ostatecznym rozliczeniu.
I znowu pakowanie samochodu, wózek, parking, odjazd.
W ten sposób nasze przyjemne doznania z rejsu oraz z otaczających go przygotowań sprawią, że chętnie zarekomendujemy zarówno port jaki i armatora kolejnym znajomym.

Proste prawda?

Tak też mi się wydaje. Jednak w praktyce z jakiegoś powodu nie działa to tak idealnie.
A szkoda, bo Mazury są piękne a żeglarstwo potrafi sprawić mnóstwo radości.
Na szczęście wybór firm czarterujących łodzie jest spory, portów też jest niemało i metodą prób i błędów oraz kolejnych rekomendacji można ostatecznie wybrać taki zestaw, który do ideału ma najbliżej.

Komibinatoryka

Taki nieidealny ekosystem ma szanse trwać w nieskończoność między innymi dlatego, że my Polacy umiemy radzić sobie w każdych okolicznościach. Także tych mało sprzyjających.
Niektórzy nazywają to kombinowaniem, które ma już zwykle negatywne konotacje i wolałbym go tu nie używać.
Podobnie jest z budowaniem przez nas firm. Zwykle staramy się działać sami, niczym Zosie Samosie (swoją drogą zapraszam do odcinka mojego podcastu o Zosiach traktującego) licząc, że jakoś to będzie, jakoś damy sobie radę. Przecież nie takie rzeczy ze szwagrem…

W tym szaleństwie jest metoda

I zapewne jest to jakaś metoda. Może i w wielu przypadkach skuteczna.
Pytanie, czy o taki biznes nam chodzi?
Czy takie mamy aspiracje?
Czy może chcemy zbudować coś większego, coś z czego będziemy dumni i znani na całym świecie?
Na te pytania staram się odpowiadać po pierwsze w moim podcaście, o którym już wspomniałem – Droga Samotnika, podczas projektów prowadzonych w Pracowni Synergii a przede wszystkim korzystając z doświadczenia Dr Wonga podczas seminariów MOC.

MOC

Tak się pięknie składa, że kolejna edycja startuje już we wrześniu.
I co ciekawe, będzie to edycja online.
Dr Wong zostaje u siebie i Ty również nie musisz ruszać się z miejsca.
Więcej informacji na razie na naszym firmowym fanpage’u i u mnie.

Czy to szaleństwo liczyć na to, że zobaczymy się niebawem na zoomie?

 

Pin It on Pinterest

Przekaż dalej

Udostępnij ten post znajomym (rzecz jasna jeśli uważasz, że warto)

Zapraszam do newslettera

Chętnie poczytam, co napiszesz

 

Zapraszam do newslettera

Chętnie poczytam, co napiszesz

 

Parę kroków wstecz - weź dobry rozbieg