Zaznacz stronę

W zeszłym tygodni znów odwiedziłem Andrzeja Filipiaka z Norton Kancelarie Finansowe. Zgłębianie finansów domowych zaczęliśmy od tematu najbardziej podstawowego – rezerwy płynnościowej.

Dla kumatych mniej (czyli tak jak ja jeszcze niedawno)

Jest to taki dziwny portfel, który jest, ale jakoby go nie było. Chodzi o to, aby mieć konto typu zaskórniak (w dalszej części tekstu okaże się, że nie musi to być konto) do którego dostęp nie jest zbyt prosty, aby nie kusiło a jednocześnie na tyle prosty, żeby w razie wyższej konieczności (np. wypadek, choroba czy inne cholerstwo) można było do niego sięgnąć prawie natychmiast i bez dodatkowych kosztów.

Cechy

Już nieco bardziej precyzyjnie. Rezerwa płynnościowa powinna charakteryzować się minimalnym lub zerowym ryzykiem oraz dużą płynnością, czyli łatwym i bezkosztowym dostępem.
Mądre książki mówią, że rezerwa ta powinna wynosić mniej więcej sześciokrotność miesięcznych dochodów rodziny.

Możliwości

Sposobów postępowania jest kilka.

Sposób 1

Najprostszy to gotówka w szafie. Spełnia on cechę łatwego i bezkosztowego dostępu. Jeśli dodatkowo umieścimy gotówkę na wyższych półkach to dostęp ten bez stołka będzie niemożliwy, więc zawsze można odstąpić od wypłaty. Pojawia się jednak problem braku jakiegokolwiek oprocentowania oraz spora podatność na szybkie zniknięcie, które może nastąpić w momencie włamu i namierzenia tej szafy przez zbójów.

Sposób 2

Subkonto na rachunku rozliczeniowym. Nadal jest to bardzo proste rozwiązanie, które nawet zabezpiecza nas przed złodziejami (tymi fizycznymi). Niestety oprocentowanie również nie istnieje a jednocześnie zbyt łatwy dostęp do konta może skłaniać do korzystania z niego w przypadku pojawienia się chwilowych zachcianek czy niespodziewanych imprez.

Sposób 3

Oddzielny rachunek oszczędnościowy. To jest już ciekawe rozwiązanie. Dostęp do konta wciąż nie jest bardzo skomplikowany, ale nie jest też banalny. Trzeba celowo tam zajrzeć i dokonać ewentualnych transakcji. Można dodatkowo utrudnić dostęp do konta gubiąc kody dostępu. Wtedy przed wypłatą trzeba będzie je odtworzyć, co na pewno zniechęci przed przypadkowymi zachciankami. Tego niestandardowego rozwiązania akurat nie polecam – warto monitować na bieżąco stan swoich dóbr.
Zabezpieczenie przed złodziejami jest tu nieco lepsze niż w przypadku rachunku rozliczeniowego (rzadko nosimy ze sobą kartę z dostępem do rachunku oszczędnościowego) a pojawia się już oprocentowanie. Co prawda w wysokości stopy wolnej od ryzyka (obecnie około 2% w skali roku), ale to już zawsze coś.
Co ciekawe to oprocentowanie w zasadzie jest podobne w różnych bankach.

Sposób 4

Fundusze inwestycyjne płynnościowe, klasycznie określane jako pieniężne. Ten sposób może przynieść najwyższy zysk ze wszystkich wymienionych (pamiętajmy, że przy stopie zwrotu wolnej od ryzyka na poziomie 2% ten „najwyższy” zysk to wciąż około 3,5-4,5%). Fundusze te inwestują w bezpieczne papiery dłużne, o krótkim terminie wykupu m.in. obligacje skarbowe, municypalne i spółdzielcze oraz niekiedy również w papiery korporacyjne, które już z kolei charakteryzują się podwyższonym ryzykiem.
Warto więc przejrzeć przynajmniej karty poszczególnych funduszy (lub skróty ich prospektów) zanim się w nie wdepnie.
Andrzej wskazał mi 3 takie przykładowe fundusze i omówił różnice między nimi:

  1. Skarbiec KASA – jest to typowy fundusz pieniężny, gdzie inwestycja praktycznie nie jest obarczona ryzykiem. Skutkuje to jednak stopą zwrotu na poziomie stopy wolnej od ryzyka czyli tak, jak na rachunku oszczędnościowym. Nie warto więc moim zdaniem wchodzić w machinę administracyjną i przerzucać pieniądze pomiędzy tymi instrumentami.
  2. Copernicus Płynnościowy Plus – jest to fundusz płynnościowy mieszany, mało podatny na wahania. Ma dwukrotnie lepsze wyniki niż Skarbiec KASA, co jest wynikiem nieco wyższego ryzyka – fundusz inwestuje nie tylko w papiery skarbowe, ale też spółdzielcze i korporacyjne.
  3. UniKorona Pieniężny – fundusz o nieco większych wahaniach niż Copernicus Płynnościowy Plus (skutek większej zawartości papierów korporacyjnych w portfelu), zatem o jeszcze nieco większym ryzyku. Co ciekawe, historyczna stopa zwrotu jest niższa niż w Copernicusie, więc premia za ryzyko wydaje się tu niższa.

Co dalej?

Ano nie wiem. Wydaje się, że dwukrotnie większy oszczekiwany zysk w przypadku funduszy (a konkretnie Copernicusa) niż na rachunku oszczędnościowym powinien zachęcić do wybrania tego rodzaju instrumentu. Jest to jednak rezerwa płynnościowa przeznaczona na czarną godzinę i podjęcie jakiegokolwiek ryzyka sprawia, że ciarki przechodzą mi po plecach.
Decyzję podejmę przy okazji publikacji kolejnego wpisu 🙂

Komentarz Andrzeja:

Wpis Tomka właściwie nie wymaga obszerniejszego komentarza. Dla porządku tylko krótkie wypunktowanie ważnych zasad, które omówiliśmy i o których koniecznie trzeba pamiętać:

  1. Pomiędzy oczekiwanym zyskiem z inwestycji i ryzykiem inwestycyjnym istnieje ścisła zależność. Jest to coś w rodzaju pierwszego i podstawowego prawa w finansach. Im wyższa oczekiwana stopa zwrotu, tym wyższe ryzyko. Nieznajomość lub ignorowanie tego prawa jest główną przyczyną rozczarowań, frustracji i porażek w zarządzaniu swoimi finansami.
  2. Podstawą i pierwszym elementem dobrze skonstruowanego planu finansowego jest rezerwa płynnościowa (środki na „czarną godzinę”), której wielkość nie powinna być niższa niż trzymiesięczny dochód rodziny, a optymalnie powinna stanowić ona równowartość sześciomiesięcznego dochodu rodziny.
  3. Środki przeznaczone na rezerwę płynnościową powinny w zasadzie być ulokowane w instrumentach płynnych i o najniższym ryzyku, nawet jeśli nasza subiektywna skłonność do ryzyka i jego akceptacja jest wysoka.
  4. Odpowiednimi instrumentami finansowymi do tego celu są rachunki oszczędnościowe oraz płynnościowe (pieniężne) fundusze inwestycyjne.
  5. Fundusze pieniężne, choć zaliczane do tzw. „funduszy bezpiecznych” (nieszczęśliwe i mylące, choć powszechnie używane określenie) różnią się jednak między sobą, chociaż z reguły nieznacznie, oczekiwaną stopą zwrotu i ryzykiem, co wynika z różnego składu ich portfeli.

Kim jest Andrzej?

Andrzej Filipiak - Norton Kancelarie Finansowe

Andrzej Filipiak – Norton Kancelarie Finansowe

Piszę o nim już kolejny raz a jeszcze nie zdążyłem go przestawić. Zatem szanowni czytelnicy – poznajcie naszego eksperta.

Andrzej Filipiak nie jest klasycznym doradcą finansowym. Wkurza go wyrabianie norm, wciskanie klientom produktów, które nie są dla nich najlepsze tylko (albo aż) dlatego, że akurat na nich ma najwyższą marżę. Broni swoich klientów przed zadłużaniem się, gdy tylko się da (o kredytach konsumpcyjnych w ogóle nie chce rozmawiać) i stawia na ich edukację i bezpieczeństwo finansowe.

Andrzej jest absolwentem anglistyki i amerykanistyki Uniwersytetu Warszawskiego oraz byłym wykładowcą myśli politycznej i społecznej w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW (dacie wiarę, że spędził ostatnio całą noc oglądając z zapartym tchem wybory w USA?). Belferska przeszłość sprawia, że Andrzej promuje i stosuje kompleksowe podejście do doradztwa finansowego, oparte o integrację aspektów oszczędnościowo-inwestycyjnych, ubezpieczeniowych i kredytowych oraz finansów rodzinnych i firmowych.

Jest jednym z założycieli Norton Kancelarie Finansowe i pełni w spółce funkcję wiceprezesa odpowiedzialnego za ofertę produktową i szkolenia.

Comments

comments

Pin It on Pinterest

Przekaż dalej

Udostępnij ten post znajomym (rzecz jasna jeśli uważasz, że warto)

Zapraszam do newslettera

Chętnie poczytam, co napiszesz

FreshMail.pl
 

Zapraszam do newslettera

Chętnie poczytam, co napiszesz

FreshMail.pl