Zaznacz stronę

Wyobraź sobie wyjazd na wakacje. Dajmy na to w góry. Obierzmy dość popularny kierunek – Zakopane i oczywiście Krupówki. Pakujesz rodzinę do samochodu, ruszasz.
Po kilku godzinach jazdy masz ochotę zatrzymać się na chwilę, nieco odpocząć, coś zjeść, rozprostować kości. Zatrzymujesz się więc w akurat mijanym miasteczku. Namierzasz piękny i zadbany dom. Mógłbyś w nim zamieszkać.


Tak się składa, że ma za również zadbany ogród. Wystrzyżony trawnik, krzaczki równo obsypane korą, owocujące drzewka i wiele innych ozdóbek, które można w ogrodzie zasadzić. Wszystko na najwyższym poziomie. Wchodzisz więc na teren, rozkładasz koc piknikowy na środku trawnika, wyciągasz grilla, pieczesz kiełbaski, ziemniaki i warzywa. Zrywasz też oczywiście owoce z lokalnych drzewek. Po skończonym popasie zabierasz tylko swój sprzęt. Śmiecie zostają tam gdzie akurat się znajdują. Cała rodzina załatwia swoje potrzeby fizjologiczne na środku trawnika a przed samym wyjściem podpalasz jeszcze ogrodzenie.
Po tym wszystkim wsiadasz do samochodu i pełen radości oraz spełnienia ruszasz dalej w kierunku Zakopanego.

Czy to już jest standard?

Standard, prawda? Zawsze tak wyglądają wyjazdy na wakacje.
Nie?!

Otóż tak. Na szczęście nie wszędzie. A gdzie się tak dzieje? Na Mazurach. Na szlaku Wielkich Jezior lub nawet przy mniejszych zbiornikach wodnych.
Pomijam zupełnie ciekawie sformułowane przepisy, które nakazują umożliwić przybicie do brzegu każdemu kto ma na to ochotę. Nie możesz ogrodzić swojego własnego terenu. Musisz zostawić swobodne przejście i dostęp do wody. Ten temat zostawię na inny wpis.

Tym razem nieco o gościach. Nieproszonych gościach.

Wodni wandale

Opisana na samym początku sytuacja jest może nieco przerysowana. Nikt przecież nie wszedłby do domu innego człowieka i zachował w opisany sposób. Jednak w przypadku jezior to całkiem popularny proceder. Od wielu osób, które posiadają działki z dostępem do jeziora słyszałem, że wiosenną obecność trzeba zacząć od… odbudowania lub przynajmniej odrestaurowania pomostu postawionego oczywiście za własne pieniądze. (Oczywiście na budowę tego pomostu też trzeba uzyskać stosowne pozwolenie – a jakże. Regulacja to jest to!). Pewnym standardem są ludzkie odchody na krańcu pomostu, śmiecie w jego okolicy oraz częściowe podpalenia. Życie.

Jak dotąd najciekawszą historię, którą słyszałem opowiedział mi jeden robotnik mazurski. Otóż od wielu lat ma on praktycznie abonament u pewnego właściciela terenu położonego właśnie nad wodą. Co roku na początku sezonu musi zawsze posprzątać pomost z rożnych nieczystości, przybić nowe deski, wyrzucić połamane i zniszczone oraz odmalować pomost, aby spełniał swoje zadanie i cieszył właściciela. W zeszłym roku na wiosnę zastał pomost… wyrwany. Tak wyrwany. Ktoś musiał zadać sobie trud wyrwania wszystkich pali wbitych dość głęboko w dno oraz przewrócenia pomostu na bok. Dał radę.
Pytanie tylko, po co? Jaki jest sens takiego zachowania? Czy to czysta złośliwość? Nie wystarczy już skorzystać z czyjejś pracy i używać pomostu jak swojego, trzeba go zniszczyć?
Zupełnie tego nie rozumiem.

Jeśli Ci się spodobało to i na mój fanpejcz zapraszam 😉

Comments

comments

Pin It on Pinterest

Przekaż dalej

Udostępnij ten post znajomym (rzecz jasna jeśli uważasz, że warto)

Zapraszam do newslettera

Chętnie poczytam, co napiszesz

FreshMail.pl
 

Zapraszam do newslettera

Chętnie poczytam, co napiszesz

FreshMail.pl