Literacką przygodę na blogu fajnie zacząć czymś miłym. Zacznę więc od zeszłorocznej moto wycieczki. Sierpniowej wycieczki – wtedy też upału nie było, ale mimo wszystko fajnie wrócić do tamtego czasu, gdy śnieg za oknem.

Przygotowania i plany.
Jedziemy na winkle. Takie hasło przyświecało od początku całej wyprawie. Sęk w tym, że do tych winkli trzeba dojechać. I to nie mało, bo pół Polski. Niezależnie dokąd by się wybrać.
Tym razem padło na południe, a jako że z decyzyjnością w kwestii wybrania najlepszego regionu jest ciężko, postanowiliśmy pojechać… wszędzie.
Od Sudetów zaczynając a na Bieszczadach kończąc.
Niestety życie pokazało, że to dość spory kawałek drogi i ostatecznie wschodnią część wyprawy zamknęliśmy w Zakopanem.

Osoby dramatu.
Jak to zwykle bywa plany są wielkie, ale okrutna rzeczywistość weryfikuje je dość szybko i skutecznie.
Z początkowej ekipy około 6-8 osób skład schudł znacznie – do dwóch, a doliczając motocykle – czterech.
Tak więc pozostaliśmy na placu boju z Piotrkiem, moim fazerem i zapożyczoną na czas wyjazdu vfrą Pawła (dzięki!)

Ruszamy!
Ciąg dalszy nastąpi…
A właściwie – już nastąpił. Zapraszam do lektury Motowycieczka dzień pierwszy

Pin It on Pinterest

Przekaż dalej

Udostępnij ten post znajomym (rzecz jasna jeśli uważasz, że warto)